Wełniana, cienka podkoszulka wystawała niechlujnie ze swojego minimalistycznego opakowania. Kilka godzin temu widziałam, jak jedna z klientek oglądała ją na wszystkie sposoby, z pewnością oceniając, czy rozmiar jej pasuje. Najwyraźniej produkt się nie spodobał, więc odłożyła koszulkę z powrotem na półkę, bez składania. Dzięki Bogu (oraz właścicielowi sieci) nie mamy *jeszcze* w aptece garderoby, chociaż kto wie, bo możliwe że kupiłaby, gdyby przymierzyła. Kampania świąteczna w norweskich aptekach na dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem osiąga swój pik w trakcie pisania tych słów, a ja, chcąc by mój „sklep” prezentował się ładnie, idę po zakończonej zmianie ogarnąć tę bluzkę, bo nie wygląda to za dobrze. Próbując niezręcznie poskładać ją do papierowego pudełeczka (czuję, że tego nie potrafię i wychodzi mi to kiepsko), szukam w sobie motywacji do tego, by nie skomentować w myślach oczywistości, w której może nie jestem sama: czy ja naprawdę zostałam wykształcona do tego, by polecać podkoszulki?