Image by Chris Spencer-Payne from Pixabay

Apteka z wielkim A, szczepieniami, wełnianymi kapciami i modnymi podkoszulkami

Wełniana, cienka podkoszulka wystawała niechlujnie ze swojego minimalistycznego opakowania. Kilka godzin temu widziałam, jak jedna z klientek oglądała ją na wszystkie sposoby, z pewnością oceniając, czy rozmiar jej pasuje. Najwyraźniej produkt się nie spodobał, więc odłożyła koszulkę z powrotem na półkę, bez składania. Dzięki Bogu (oraz właścicielowi sieci) nie mamy *jeszcze* w aptece garderoby, chociaż kto wie, bo możliwe że kupiłaby, gdyby przymierzyła. Kampania świąteczna w norweskich aptekach na dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem osiąga swój pik w trakcie pisania tych słów, a ja, chcąc by mój „sklep” prezentował się ładnie, idę po zakończonej zmianie ogarnąć tę bluzkę, bo nie wygląda to za dobrze. Próbując niezręcznie poskładać ją do papierowego pudełeczka (czuję, że tego nie potrafię i wychodzi mi to kiepsko), szukam w sobie motywacji do tego, by nie skomentować w myślach oczywistości, w której może nie jestem sama: czy ja naprawdę zostałam wykształcona do tego, by polecać podkoszulki?

 

Być może brzmi to trochę pretensjonalnie. Czy jest coś złego w polecaniu ubrań? Z pewnością nie, i generalnie nie mam z tym problemu. Czasami jednak czuję się niezręcznie, bo mieszają mi się komunikaty, które sieć aptek, gdzie aktualnie rolę kierowniczki apteki, wiele razy podkreślało już, że nasza Apteka przez wielkie A to miejsce usług medycznych, doradztwa farmaceutycznego, stawiania na naszą kompetencję, pokazywanie naszej eksperckości. Czy Apteka przez wielkie A kojarzy się komukolwiek z bazarem ubraniowym, delikatesami z mięsem lub farmaceutą próbującym doradzić rozmiary kapci i szlafroka? Czy tylko ja nie czuję się do końca miejscu?

 

Ale od początku, czyli wypadałoby cofnąć się do roku 2001 w Norwegii, kiedy to tutejsze apteki trafiły w dłonie prywatnych właścicieli i trochę się pozmieniało. Wcześniej właścicielem mógł być jedynie farmaceuta, ale po wejściu zmian na początku nowego milenium, apteki stały się własnością dużych sieci, co doprowadziło do zwiększenia konkurencji i utworzenia się bardzo dużych podmiotów na rynku, które każdego dnia walczą o klienta na wszelkie możliwe sposoby. Marża na lekach Rx w Norwegii jest jednak tak malutka (i niezmienna od 2018!), że sprzedaż leków na receptę, która stanowi, strzelam, minimum 75% obrotu wszystkich aptek, nie starczyłaby nawet na opłacenie pracowników. Marża ta ustalana jest przez Państwo, więc to, na co sieci mają głównie wpływ pod względem zarobku, to produkty typu kremy, plastry, produkty pielęgnacyjne, wyroby medyczne, czy właśnie wyżej wspomniane podkoszulki na Boże Narodzenie.

 

Dzięki (a może przez przez to) norweskie apteki stały się destynacją świątecznych zakupów, i wcale nie wyolbrzymiam. Na wielkim ekranie na jednej z konferencji pokazywano nam badania rynku z 2025 mówiące, że norwescy konsumenci idą do norweskiej apteki w grudniu właśnie po wełniane skarpetki dla dzieci, zapakowane w papierowe pudełeczko, gotowe, by włożyć pod choinkę. I zdarza się, że dostajemy zapytanie o to, czy prezent możemy zapakować, ale to pytania już trochę granicy mojej tolerancji dla tego, co jako pracownik ochrony zdrowia uważam za na miejscu i zazwyczaj odpowiadam, że nie mamy takiej możliwości, jeśli jak zawsze jest tak zwany kocioł i nie mam na to czasu. Wiem jednocześnie, że wiele osób z sąsiednich aptek biegnie wtedy po papier dekoracyjny na zaplecze, ku wątpliwej uciesze 10 osób stojących w kolejce, którzy zawsze i wiecznie się śpieszą i nie mają czasu, szczególnie przed świętami.

 

Czuję więc, że nasze kompetencje rozszerzają się trochę za bardzo we wszystkich możliwych kierunkach. Bardzo sobie cenię np. fakt szczepień w aptekach, które pokazują, jak dużym potencjałem dysponujemy. Tylko w tym roku zaszczepiliśmy 40% więcej (!) osób niż rok wcześniej, a szczepienia przeciwko półpaścowi (Shingrix) czy zapaleniu płuc (Pneumovax) stały się tak popularne, że moja apteka musiała zrobić osobne kolejki na 20 osób kilka razy od jesieni do stycznia 2026, bo leków zabrakło bardzo szybko (zresztą tyczy się to prawie wszystkich aptek w tym samym stopniu). Shingrix musimy zmieszać, co mi, dosyć efektywnej osobie, potrafiącej robić 2-3 na raz w pracy, zajmuje to około 5 minut. Pacjent niecierpliwi się, bo myśli, że wystarczy wejść, ja otwieram opakowanie, szczepię, ten płaci i wychodzi, a tutaj trzeba poczekać. Często są to pary, małżeństwa, a więc dwie szczepionki. Dodatkowo te same osoby chcą od razu umówić się na kolejną rundę szczepienia, więc muszę zarejestrować recepty, zamówić szczepionki, zapisać dane, wpisać w system bookingowy do usług… Jestem jedna, często jako farmaceutka, w tym samym czasie wychodzę zrobić kontrole recept, odpowiadam na pytania, rozwiązuje techniczne problemy nowego systemu aptecznego, słyszę co chwilę „Andżelika, potrzebuję pomocy” od osób z zespołu, pomagam innym znaleźć coś na magazynie i próbuje się rozczworzyć, po czym i tak dostaje pytanie, czemu zajmuje to tak dużo czasu. Każda usługa, na którą tak mocno nasza sieć naciska, zajmuje czas – eureka – który nie może w tym samym czasie być poświęcony na sprzedaż kapci wełnianych. Dodatkowo wymaga ona zazwyczaj wykwalifikowanego farmaceuty, który i tak już jest przeciążony zadaniami. Co roku padają rekordy sprzedaży, obrotów, szczepień, klientów etc – a nas w aptekach z roku na rok, jest tyle samo, albo mniej.

 

Kim więc jesteśmy? Nieporadnymi sprzedawcami podkoszulek czy ekspertami lekowymi po 5 letnich, mega wymagających studiach? Czy sieci mają jakiś pomysł na to, jak połączyć opłacalność z wizerunkiem profesjonalnego pracownika ochrony zdrowia, który dysponuje ogromną wiedzą i wiecznie za małą ilością czasu w świetle niskich marż leków decydowanych przez Państwo? A może naszą przyszłością są usługi i szczepienia, tylko czy wtedy damy radę być „sklepem”, takim jak dziś?

 


Image by Chris Spencer-Payne from Pixabay