#dbambokocham* – jeden sprawdzony sposób na związek na odległość

Walentynki już dawno za nami, dzień kobiet przed nami. Celowo poruszam temat okazywania sobie uczuć, kiedy dzień jej świętowania już dawno minął. Podobno powinniśmy okazywać ją sobie codziennie i podpisuję się pod tym oboma rękoma. Jak jednak okazywać miłość, kiedy jedyne, co łączy cię z drugą osobą to cyfrowy tekst, obraz i kilka buziaków wyświetlonych na monitorze?

 

Poniedziałek rano, tramwaj. Masa ludzi. Jadę na staż. Dwie babcie siedzące na sąsiednich siedzeniach rozmawiają ze sobą o dawnych latach i wspólnych znajomych: co się z nimi stało i czy wiedzą cokolwiek o ich życiu. Monolog jednej z nich zakończyło zdanie: wyprowadził się i przestali się odwiedzać. Z ciekawością zaczęłam nasłuchiwać, gdzie to bohater opowieści wyjechał. Na odpowiedź nie musiałam długo czekać. Nadeszła przy kolejnym przystanku. Z nutą melancholii w głosie jedna z babć rzekła: on zamieszkał na Jeżycach, a ona na Ratajach (dwie dzielnice Poznania położone po dwóch stronach miasta).

 

Chciałam parsknąć śmiechem. Oczekiwałam innego miasta na drugim końcu Polski co najmniej, a najbardziej innego kraju bądź kontynentu (wtedy różnica odległości i stref czasowych bywa ciężka do ogarnięcia). Ale inna dzielnica? Naprawdę?

 

Zapomniałam, że jeśli się chce – można utrzymać dobrą relację, kiedy dzielą nas oceany albo stracić każdą relację, nawet, gdy dzieli nas tylko ściana.

 

Nigdy specjalnie nie rozumiałam osób, które muszą przebywać ze swoją drugą połówką dzień w dzień. Dwa dni rozłąki to nic takiego, wręcz przeciwnie – uważałam zawsze, że fajnie jest zająć się sobą. Dlatego wejście w związek na odległość nie wydawało mi się niczym trudnym. I również takie nie było. Ja w Polsce, on w Norwegii – spoko, luz. Loty są, wolne można wziąć, jakoś dawaliśmy radę.

 

Czasami tylko odliczałam dni w dół do wspólnych wyjazdów, do wspólnych wakacji albo planów na przyszłość. Dwa miesiące rozłąki? To się ogarnie. Uważałam, że jeśli chce to można.

 

Kiedy znowu byłam sama szybko, przyzwyczajałam się do swojego rytmu. Praca, trening, jakiś wyjazd, blogowanie. Lubiłam zajmować się swoim życiem. Poczucie tęsknoty trwało zazwyczaj kilka godzin i ulatniało się tak szybko, jak tylko zaczynałam się skupiać na tym, co mam do zrobienia tu i teraz oraz planowaniu kolejnych odwiedzin.

 

Znajomi opowiadali o wypadach do kina, spacerach nad morzem ze swoimi drugimi połówkami. Ja dodawałam, że również mam randkę. Na skajpie. Wspólnie obejrzeliśmy kilka sezonów House of Cards włączając serial „na 3, 4 i ry!”, pijąc wino i jedząc pizzę. Co z tego, że faktyczna odległość między nami wynosiła nie kilka centymetrów, a kilka tysięcy kilometrów. Co z tego?

 

Nawet fakt, że specjalnie zamieszkałam w Trójmieście, by móc latać częściej i taniej bezpośrednio do kraju Vikingów, nie stanowił dla mnie problemu. Fajnie było poznać nowe miasto, popracować przy plaży, poznać niesamowitych ludzi, nabyć doświadczenia. Nic tak nigdy nie cieszyło, jak zobaczenie ukochanego stojącego po drugiej stronie pierwszego stołu pod koniec dnia pracy, kiedy zamiast być gdzieś tam, na północy, wpadał po mnie po dwóch godzinach lotu, by wspólnie pójść na kolację i spędzić ze mną kilka dni.

 

 

Uważam, że związek na odłegłość ma sens i nawet może być potrzebny. Pozwala na poznanie, czy naprawdę chce się z drugą osobą wszystko połączyć. Daje dystans i przestrzeń do zajmowania się swoim życiem i zdecydowanie, czy chce się je w przyszłości połączyć z kimś innym. O wiele bardziej docenia się wspólne chwile, przeżywa się je mocniej i cieszy się nimi do granic możliwości. Każdy dzień jest wyjątkowy, nawet, jeśli spędzony w łóżku na rozmowie o głupotach.

 

Myślę, że taki związek na odległość ma sens pod jednym warunkiem.

 

Ten warunek to planowanie wspólnej przyszłości.

 

Jeśli jesteście zdecydowani, że pewnego dnia zamieszkanie razem w jednym kraju i tej samej strefie czasowej, jedno do drugiego się dostosuje i zrobi spory krok w swoim życiu wyjeżdżając (nierzadko ucząc się innego języka od nowa) albo pojedziecie gdzieś razem podejmując wyzwanie wspólnie. Taki jeden cel łączy was oboje i sprawia, że możecie coś zaplanować i podjąć działanie wcześniej, które często jest niezbędne, by zamieszkać na stałe za granicą. Perspektywa życia razem pozwala przetrwać, jeśli poczuje się tęsknotę, czy smutek.

 

Planowałam popracować w Polsce rok, nauczyć się norweskiego i dopiero wtedy wyjechać. Nie wiem właściwie sama czemu podjęłam decyzję o wcześniejszym wyjeździe. Chyba miałam po części dość Polski, po części chciałam już zacząć wspólne życie i życie w Norwegii, by uczyć się szybciej języka, zacząć pracować. Chciałam być razem z nim i czułam, że czas na zmiany. Nie wiedziałam, na co miałabym czekać pracując i mieszkając dalej w Polsce. Wyjechałam w największe mrozy, najkrótszy dzień i najmniej sezonowy miesiąc ever. Mimo wszystko szystko układa się świetnie i jest tylko coraz lepiej. A pogoda wcale nie jest taka zła!

 

 

Podziwiam rodziny, które na odległość funkcjonują latami. Wydaje mi się to o wiele cięższe, gdy masz już z kimś dzieci a rozłąka trwa nie rok a kilka lat i nie wiadomo, kiedy się skończy.

 

A Wy? Jakie macie zdanie? Żyjecie w związku na odległość, a może macie to za sobą?

 

 


#DBAMboKOCHAM – kampania społeczna zapoczątkowana na początku lutego, zorganizowana przez Socjopatka.pl oraz Save the Magic Moments. Z tego ostatniego bloga dowiadujemy się, że „#DBAMboKOCHAM to akcja blogerów, która ma uzmysłowić naszym czytelnikom, jak pielęgnacja związku jest ważna dla utrzymania udanej relacji. Relacji, która trwać będzie całe życie.

Powiązane wpisy

2016 Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: SalesMiles.pl