Smak nowego życia – Norwegia po tygodniu pobytu

Na co dzień nie wiemy, ile rzeczy jest dla nas oczywiste i pewne. Robimy większość z automatu. Codzienność jest w pewnym sensie taka sama. Emigracja zmienia wszystko. Nagle nic, a nic nie jest oczywiste. Wyjście do sklepu, otoczenie, ludzie. Każdy aspekt codzienności zmienia się w mini-wyzwanie. Czujesz się jak dziecko, które idzie we mgle i nie wie, czy idzie w dobrym kierunku. Jakie to uczucie nie mieszkać u siebie?

 

Dzisiaj mija dokładnie tydzień od przyjazdu na stałe do Norwegii. Z jednej strony to tylko siedem dni, z drugiej czuje się, jakbym mieszkała tu już kilka miesięcy. Kiedy wszystko jest nowe, zdaje się, jakby każdy jeden dzień trwał bardzo długo. A w pewnym sensie trwa bardzo krótko, bo koło 14:00 zaczyna się ściemniać.

 

To, czego najbardziej się obawiałam, to pogoda. Od kilku miesięcy wstecz byłam straszona kilkunastostopniowym mrozem, śniegami i ciemnością. Tak naprawdę zima tutaj jest prze-pięk-na. Jak z widokówki. A ciemność rozwiewają mleczne chmury, z których od wczoraj sypie masa śniegu. Kiedy pytałam się innych, czy można się przyzwyczaić do tego piękna, ludzie odpowiadają, że nie. Za każdym razem panorama Trondheim nad fiordem przy zjeździe główną ulicą w dół wygląda perfekcyjnie.

 

Czy można się przyzwyczaić do zimna? Nie jest tak naprawdę ono w ogóle takie, jak mi się wydawało. Norweskie powiedzenie „det finnes ikke dårlig vær, bare dårlige klær!” jest w stu procentach właściwe. To, że nie istnieje zła pogoda, tylko złe ubrania, widać wszędzie. Nieważne, czy leje, wieje albo jest zamieć śnieżna spotkasz na ulicy Norwegów, którzy biegają, spacerują albo suną na nartach. Oni kochają być na zewnątrz i się ruszać. Ubrania, które mają niezwykłą jakość (jak i cenę…) sprawiają, że wystarczy cienka kurteczka i legginsy ze specjalnej wełny, by czternastostopniowy mróz nie robił żadnej różnicy.

 

Pogoda jest na plus. Tylko co z tego, kiedy nadal mało rozumiesz? Nie mogę wyjść z podziwu dla całej masy Polaków i innych nacji mieszkających tu od lat, którzy dalej nie potrafią mówić ani po norwesku ani po angielsku. Jest to dla mnie zjawisko, którego nie umiem zrozumieć. Jestem tutaj siedem dni i odczuwam mocno brak możliwości płynnego mówienia w języku tego kraju, co dopiero, kiedy musisz pracować, płacić rachunki i wysyłać dzieci do szkoły, a nie rozumiesz do końca swojego szefa, dokumentu ani ekspedienta w sklepie.

 

Jak smak, to i jedzenie. Przyznam szczerze, od tygodnia jem łososia i dalej jeszcze mi nie zbrzydł. Norwegia z jej charakterystycznym jedzeniem uczy nowych smaków. Uczy również nowych cen. Niektóre rzeczy tak oczywiste dla nas, jak seler, kosztują tutaj 50 zł za kilogram. Inne, jak kiwi, czy borówki na promocji w przeliczeniu potrafią kosztować złotówkę. Ceny mogą być zwariowane. Każdy, kto kiedykolwiek rozważał przylot do kraju Wikingów wie, że albo musi mieć zapas gotówki, jakby wybierał się na drogie wakacje all-inclusive na oceanie spokojnym, albo musi tutaj kogoś mieć, żeby jakoś przeżyć.

 



 

Podobno jeszcze długo przelicza się wszystko się na złotówki. Ja muszę przyznać, że mi chyba przeszło. Staram się bardziej porównywać ceny produktów do siebie oraz do tego, ile standardowo się zarabia. Chociaż, kiedy kurtka kosztuje 3500kr, czyli niecałe 1700 zł, w głowie mimochodem i niezależnie od woli włącza się szybki kalkulator.

 

Polaków jest tutaj cała masa. Spotkasz ich w sklepie, jako farmaceutów i budowlańców. Tworzą swego rodzaju społeczność, której postrzeganie odczuwam tak, jak my postrzegamy Ukraińców w Polsce. To trudna sytuacja ekonomiczna ich do nas przywiała. Większości nie w głowie nauka języka norweskiego, nawet, gdy kurs jest darmowy. Wstyd mi za nich i za to, że pochodzimy z tego samego kraju. Uważam, że kiedy wejdzie się między wrony, trzeba krakać tak jak one. Szczególnie, kiedy przyjechałeś do wron, by zarobić u nich górę kasy, a potem szybko zwiać.

 

Każdy dzień jest małym wyzwaniem. Głównie ze względu na język, ale też całkowicie nowe miejsce i zasady. Właśnie pozbyłam się swojego zwykłego portfela – tutaj wystarczy małe etui, w którym masz telefon, kartę płatniczą, dowód i prawko. Codziennie zamiast eleganckich dżinsów i bluzeczki podkreślającej talię, wkładam bieliznę termiczną, legginsy, puchową kurtkę i buty, w których nogi podobno nigdy nie marzną (mi dzisiaj zmarzły). Ma to swój urok i wygląda bardzo ładnie, ale jest to dla mnie całkowita nowość. Tak samo jak rozpalanie z rana w kominku, zasłanianie rolet bo z na przeciwka mieszkają muzułmanie i mogą zobaczyć mnie w samym staniku, (co jest dla nich obraźliwe), czy mała ilość ludzi w ogóle (w całej Norwegii żyje tylko 4 miliony osób!).

 

Czy myślę o Polsce? Raczej codziennie, ale nie w kontekście „mamo, weź mnie do domu”, tylko jako mój punkt odniesienia. Tam było tak – tutaj jest inaczej. Czy chce mi się wracać? Ani nawet przez sekundę. W pewnym sensie mentalnie mieszkam tu od kilku miesięcy.

 

Smak takiego wyjazdu kojarzy mi się trochę z jedzeniem po raz pierwszy sushi. To danie jest dziwne i nic go nie przypomina. Trochę ciężko zabrać się za jedzenie pałeczkami, nie rozumie się sensu maczania kawałka maki w sosie sojowym ani dziwnych nazw. Jest trudno, niewygodnie i inaczej. Cena nie jest również przystępna. Ale po czasie zaczyna się to danie kochać, albo nienawidzić. A kiedy poczuje się, że to coś, co można jeść zawsze i bez względu na okazję, nie będzie się chciało już powracać do innej kuchni. Ja jestem na etapie próby utrzymania pałeczek w dłoni. Wszystko na razie jest dziwne, inne, zaskakujące.

 

A Wy? Mieszkaliście dłużej gdzieś i poczuliście dobitnie, że nie jesteście częścią nowego społeczeństwa? A może marzycie o emigracji? Gdzie byście wybyli na dłużej?

 


Na moim Instagramie znajdziesz więcej zdjęć z mojej codzienności, szczególnie w instastory. A na fejsa wrzucam często historyjki, tłumaczenia znanych mówców w zakresie prawa przyciągania albo piszę, co mi akurat przyjdzie do głowy. Fajnie będzie, jak wpadniesz się zapoznać 🙂

  • aaa

    Kocham Polskę i na razie nie mam w planach jej opuszczać 😀
    Zgadzam się z tymi „wronami”! <3 Krzysiek K.

    • angela

      😀 Ja też kocham Polskę, ale musieliśmy zostać przyjaciółmi. It`s not her, it`s me. )

      Pozdrawiam!

  • Nieszka

    Mi również jest wstyd za Polaków, którzy nie znają języka kraju, w którym (tymczasowo) mieszkają. Z drugiej zaś strony spójrz na innych: jak wielu Ukraińców nie chce uczyć się polskiego, również „uchodźcy” nie raczą uczyć się języków (oczywiście nie wszyscy 😉 ). Zalatuje mi to bardzo „Zderzeniem cywilizacji” Samuela Huntingtona 🙂 Trochę razi mnie to zasłanie się, bo muzułmanie zobaczą i to ich obrazi, dziwne, dla mnie byłoby to ograniczeniem wolności, bo we własnym domu można chodzić jak się chce. Sama po studiach chcę wyemigrować na pół roku minimum, ale w ramach wolontariatu zagranicznego 🙂 Pozdrawiam i czekam na kolejne wpisy, próbując zdziałać coś z prawem przyciągania 😀

    • Myślę, że taki wyjazd jest bardzo dobrą opcją. Nawet na chwilę. Człowiek poznaje nowe znaczenie słowa „samodzielność” oraz „dawać sobie radę”.

      Ja najbardziej nie lubię tego, że oni po prostu nie chcą się uczyć i pokazują tę ignorancję bardzo mocno, na każdym kroku. Rozumiem nie umieć, czy starać się i trzy po trzy coś mówić, nawet bardzo źle. Ale takie olewanie, nawet gdy firma wręcz płaci za twoją naukę, to już trochę chamstwo 😉

      Gdzie planujesz wyjechać? 🙂

2016 Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: SalesMiles.pl