Po co mi tego tyle?

Przeprowadzałeś się kiedyś? Chociaż raz? No na pewno. To na pewno również pamiętasz, ile tego było. Czy chcemy, czy nie mamy pierdyliard przedmiotów, których prawie nigdy, łamane na w ogóle, nie używamy. Wtedy przychodzi do nas dosyć słuszne spostrzeżenie: po co mi tego tyle?

 

To jak? Pamiętasz swoje przeprowadzki? Bo ja dosyć dobrze. I to, co przede wszystkim z nich utkwiło mi w pamięci, to ciężar. Ciężar rzeczy, które musiałam przenosić z miejsca na miejsce, by wszystko pozornie uporządkować.

 

Ostatni raz, wyprowadzając się z trójmiasta robiłam to po raz… zaraz, policzmy… po raz siódmy w życiu. Skąd tyle ich? Ano studia, nowa praca, ciekawość świata i chęć poznawania innych ludzi były głównymi motywami. I w ciągu kolejnych dwóch tygodni zrobię to po raz ósmy. Tym razem do innego kraju. I cieszę się, że mam możliwość wzięcia tylko dwóch bagaży rejestrowanych oraz jednego podręcznego.

 

Cieszę się. Cieszę się niezmiernie, że swoje życie muszę wpakować w kilka walizek. Dlaczego? Bo to daje konieczność pozbycia się tego, co naprawdę nie jest mi potrzebne.

 

Żyjemy w czasach, w których na szczęście miarą statusu stały się nie rzeczy, lecz przeżycia. Jeździmy, podróżujemy, skaczemy na bungee, robimy sobie tatuaże. Szukamy doznań, a nie kolejnego telewizora, coby przyszpanować przed sąsiadem. Bardzo mnie to cieszy. I o wiele bardziej ciekawi mnie wydanie kilkuset złotych na podróż, niż… bo ja wiem? Nawet nie wiem, na co miałabym je teraz wydać. Nie potrzebuję tak wielu rzeczy.

 

Jeśli wychowałeś się w zwyczajnej polskiej rodzinie, a z dużą dozą pewności stwierdzam, że tak było, nauczyłeś się pewnie, by rzeczy gromadzić. Nasze piwnice, garderoby i szafy wypełnione były ubraniami sprzed lat kilku. Nasze półki uginały się pod ciężarem książek przerobionych w podstawówce a na wieszakach kurzyły się płaszcze, bo może kiedyś. Może kiedyś je założysz, przeczytasz, podasz dalej, oddasz kuzynce ciotki znajomego. Takie gromadzenie niepotrzebnych rzeczy działa nie tylko zawalająco na wolną przestrzeń ale też psychologicznie na nas samych. Zamiast umieć się oderwać od przeszłości, cały czas pozwalamy, by przypominały nam o niej starsze, niepotrzebne przedmioty.

 

Ale to nie koniec. Te stare leżały, a nowe przybywały. Od babci, mamy, koleżanki. Kupiłam ci coś, zobacz… A widziałam tę bluzkę, na przecenia była, nie musisz w niej chodzić. Będziesz miała na grzyby, do lasu. W efekcie połowę mojej szafy stanowiły ubrania na przysłowiowe grzyby, na które jeżdżę może raz do roku.

 

Aż w końcu się nauczyłam. Każda kolejna przeprowadzka, krok po kroku nauczyła mnie sztuki wywalania na śmietnik swojej przeszłości. Starych gazet, zeszytów, materiałów, ubrań. Nauczyłam się stawać prawdzie w oczy i przestałam oszukiwać samą siebie – ja naprawdę w ogóle w tym nie chodzę, po co mi to? – po czym kolejna bluzka lądowała na kupce ubrań do oddania, a w raz z nią sporo negatywnej energii. Czułam ulgę.

 

I tak oto, ostatnio, eureka – postanowiłam zostać minimalistką! Stwierdziłam, że mam dość rzeczy. Im mniej nich na około mnie, tym lepiej się czuję nie tylko ja ale i mój portfel.

 

Zaczynam powoli uczyć się sztuki decydowania o zakupach. To pozwala nie tylko na oszczędność kasy i miejsca ale też umożliwia większy spokój. No i nie trzeba tyle sprzątać!

 

W ubiegły weekend poleciałam sobie do Bośni i Hercegowiny. Turystyczne stragany wręcz uginały się pod naporem kolorowych, nicniewartych pierdółek. Lusterka, breloczki, wisiorki, szczotki, misie, plecaczki, sami wiecie. Trudno się na coś nie skusić. Na szczęście wizja przenoszenia tego, układania po szafach, przewożenia i magazynowania skutecznie za każdym razem sprawiała, że odchodziłam od zawiedzionych bośniackich sprzedawców. Mam dość pierdółek.

bosnia2

Piękne, acz bezużyteczne łyżeczki z Sarajewa

 

A już najlepszym lekarstwem jest perspektywa przeprowadzki o ograniczonej ilości rzeczy do wzięcia. Uwielbiam to. Mogę bez wyrzutów sumienia powiedzieć: i tak tego ze sobą nie wezmę. I koniec dyskusji. Nie kupuje sobie kolejnych rzeczy, których na pewno nie użyję, więc mam święty spokój.

 

Dzisiaj zaczynam rozumieć teksty moich dziadków, kiedy mówili, bym kupiła sobie jedną rzecz a porządną. Chyba się starzeję, bo myślę dokładnie tak samo.

 

A co do prezentów – no cóż. Po prostu nie jestem do końca przekonana, czy kolejny aniołek, ramka na zdjęcie, rajstopy albo koszulka pod choinką przyniesie mi szczęście, czy tylko doda wysiłku, wydatku i zajętego miejsca w szufladzie.

 

W okresie, jaki mamy, który można podsumować jednoznacznie: kup więcej! Dobrze czasem na chwilę zastanowić się, czy kolejna rzecz będzie przydatna lub wartościowa. Jeśli tak, to rewelacja. Jeśli ma jednak tylko zbierać kurz z półek, to dla mnie sprawa jest jasna.

 

A dla ciebie?


Na moim Instagramie znajdziecie zdjęcia przeżyć, a nie przedmiotów. Na fejsa wrzucam często historyjki, tłumaczenia znanych mówców w zakresie prawa przyciągania albo piszę, co mi akurat przyjdzie do głowy. Fajnie będzie, jak wpadniesz się zapoznać 🙂

2016 Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: SalesMiles.pl