action-1838330_1920

Praca-dom-zgon

Praca-dom. Pamiętam jak dziś, kiedy słuchając starszych znajomych po studiach szeroko otwierały mi się oczy ze zdziwienia. Te szalone oczy, które każdego dnia widziały milion innych rzeczy, nie tylko na uczelni. Miałam wariacki apetyt na życie, które smakowałam każdego dnia i nocy. I nie potrafiłam wyobrazić sobie tak prostego scenariusza życiowego. Że jak, że … to koniec?

 

No bo tak. Definitywny koniec. Koniec czego? Życia. Wydawało mi się, że pójście do pracy wiąże się z końcem szalonego życia. Życia dla mnie wtedy w ogóle. I chyba tak trochę jest. Musisz być bardziej zoorganizowany, nie wyskoczysz na imprezę w środku tygodnia (albo wyskoczysz i później źle wydasz lek na kacu…? no, właśnie dlatego nie wyskoczysz), poza tym nie chce ci się angażować już w każdą możliwą zbiórkę, akcję, cokolwiek.

 

Czy to starość? Czy to system: praca-dom? Czy mam zestaw objawów? Halo, czy jest na sali psychiatra?

 

Z drugiej strony mam na to receptę. (Farmaceutyczną 😉 )

 

Nie można się dać.

 

Dać czemu?

 

Zmęczeniu.
Zmęczeniu po pracy. Pogodzie za oknem.
Tym, że ma się ochotę przeglądać memy, zamiast pracować nad sobą.

 

W innym wypadku bierzesz łopatę, stajesz nad dołkiem, w którym leży twój potencjał i bez zastanowienia zasypujesz go piachem. Po prostu zakopujesz swój talent, by już więcej cię nie kusił.

Przypadkiem wyszło mi właśnie biblijne porównanie, wychodzi więc na to, że nie jestem pierwszą osobą w historii, która tak to widzi.

 

 

 

To, co zauważa się chyba jako pierwsze po przejściu na etat to to, że w kółko Macieja robisz to samo. Stajesz się Mistrzem w robieniu tych samych rzeczy. Jasne, że zdarzają się różne sytuacje w ramach których coś się zmienia (ludzie, klienci, pacjenci, przypadki, szefostwo, zmiany kadrowe etc…) ale zazwyczaj twoja praca przez dłuższy okres polega na podobnych czynnościach. Dla mnie to był szok. Na Uczelni codziennie jeździsz w nowe miejsca, codziennie uczysz się czegoś nowego, codziennie dostajesz inne oceny, masz poczucie, że o coś walczysz, do czegoś dążysz, aż tu nagle koniec.

 

Ale jak spotkasz się ze znajomymi za pięć lat, to co im powiesz?

 

Proszę, powiedz mi, co im powiesz?

 

„Zwiedziłem 20 krajów, nauczyłem się chińskiego, wreszcie spełniłem marzenia sprzed lat o wybudowaniu własnego domku, a od dwóch miesięcy chodzę na studia podyplomowe, bo mam szansę dzięki nim na awans.”

Czy…

„No wiesz. Praca-dom.”

 

Widzisz różnicę?

 

Życie, które sprawia, że jesteś szczęśliwy i spełniony, czujesz, że coś osiągasz i wykorzystujesz swój potencjał wymaga robienia rzeczy PO PRACY. Po prostu.

 

Czas na doszkalanie się musi się odbywać po pracy. Czas na naukę języków – po pracy. Podróżowanie – wiadomo, chyba, że akurat twoją pracą są podróże. Studia, kursy? To samo.

 

Łatwo jest usadowić się w wygodnym miejscu, które sprawia, że po pracy możesz już tylko odpoczywać, pić wino i przez pół dnia albo wieczora bardzo ładnie robić-nic. Oczywiście, to też jest potrzebne.

 

Ale pracować (prawie) każdy musi. Poświęca się na to całe morze życia. Minie pięć, dziesięć lat i co? Nic się nie zmieni, bo pracujesz? Nie sięgniesz po swoje marzenia, nie zrealizujesz tego, czego chcesz… bo masz pracę? Trzeba uświadomić sobie, że pracować będziesz prawdopodobnie całe życie. I jeśli chcesz czegoś więcej, niż wypłaty i nowych zakupów, to musisz po tej pracy… pracować dalej, ale nad sobą.

 

Chyba to, czego się najbardziej boję w życiu, to nie choroby, samotności, czy problemów finansowych, ale niewykorzystania swojego potencjału. Boję się braku wiary w siebie, braku próbowania, braku odwagi, braku zmian. Boję się, że wszystko będzie przez bardzo długi okres czasu identyczne, a ja znajdę się w jakimś potrzasku. Boję się, że życie zdecyduje za mnie, jak ma wyglądać.

 

Dlatego trzeba od siebie wymagać. Nie trzeba harować, głodować się, czy karać za małą ilością snu, czy brakiem odpoczynku. Ale musisz wymagać, by nie zapomnieć, że dopiero po pracy twoje życie w pewnym sensie zaczyna się. Bo pracuje każdy (albo większość). Jeśli chcesz czegoś więcej, musisz wolny czas wykorzystać na rozwój. Bo starzenie się to nie tylko proces fizjologiczny, ale też stan, w którym przestajesz się uczyć nowych rzeczy.

 

Czy to jest łatwe? Wiadomo, że nie. Ale czy warto mieć poczucie, że się spełniasz i sięgasz po to, czego chcesz?
Zawsze.


To, co w pracy i poza nią znajdziecie na na swoim Instagramie. Natomiast na Snapie uczę się sztuki chwytania chwil. A na fanpejdża wrzucam materiały za krótkie na wpis i za długie na insta. Ha!

  • Agnieszka Rojda

    Chyba przyciągnęłam ten artykuł… Bo dokładnie o tym myślałam od kilku dni, że praca-dom to nie życie, to wegetacja. Że jest tyle rzeczy, które aż się proszą o zrobienie/nauczenie, tyle ciekawych osób, z którymi można się spotkać… Bardzo Ci dziękuję! Dałaś mi kopa. Jutro po pracy memów nie będzie! 😉

    • My girl! Dokładnie. Łatwo wpaść w taką pułapkę, szczególnie, gdy dzień kończy się o 16:00… Myślę, że dobrym pomysłem jest po prostu np. zapisanie się na jakieś zajęcia, umówienie spotkania innymi słowy: postawienie siebie w sytuacji braku odwrotu. U mnie to działa. Teraz mam już natomiast wystarczająco silną wolę, by trzy razy w tygodniu robić trening w domu, bez wychodzenia. To się da wyćwiczyć!

2016 Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: SalesMiles.pl