tattoo1

Co ma wspólnego Kwiat Lotosu z UFO? – czyli historia mojego tatuażu

Podobno to uzależnia. Robisz jeden. Dwa tygodnie później myślisz sobie, gdzie by to zrobić następny. Tak się rzecz ma z tatuażami moi drodzy. Nasłuchałam się też o bólu, krwi i nieprzyjemnych odczuciach później. Co z tego okazało się prawdą?

 

 

Wiecie, jak to się zaczyna. Bardzo niewinnie. Zaczynacie sobie obserowować na instagramie coś, co się wam podobna. Tak się zabawa u mnie zaczęła ze studiem Babayaga Tattoo w Canggu, na Bali właśnie. To było dawno temu i na pewno jeszcze wtedy nie miałam pojęcia zielonego, że tam kiedykolwiek polecę.

 

 

 

Nie obserwowałam tego profilu, bo chciałam świadomie się podziarać, ale dlatego, bo podobały mi się surowe, klasyczne i geometryczne wzory – zdawało mi się – dosyć oryginalne i piękne.

 

 

Zdecydowanie nie jestem fanką tatuowania na sobie twarzy, imion a nawet… tekstów. Wydaje mi się to tandetne, a tatuaż z imieniem swojego faceta na przykład całkowitą głupotą i brakiem wyobraźni. Nie mnie jednak oceniać, co taka osoba sobie myśli.

 

 

Jestem jednak fanką tatuaży, które zdobią. Dodają „tego czegoś” osobie noszącej. Są delikatnym akcentem, który moim zdaniem nie powinien być na pierwszy rzut oka widoczny. Dlatego też, zawsze uważałam, że plecy są idealnym na to miejscem. Niewiele przechodzą w życiu transformacji (rozstępy po ciąży, tycie, chudnięcie…), są zazwyczaj zakryte i nie przeszkadzają w życiu (np. zawodowym). Pokazane na plaży, w stroju na siłowni i tak dalej mogą wyglądać bardzo ciekawie. Sama się zdziwiłam, jak wiele moich znajomych ma tatuaż, ale w schowanych na co dzień miejscach. I to mi się podoba!

 

 

Wracając na Bali (chciałabym…) – kiedy mieliśmy już wykupione bilety uświadomiłam sobie, że hej – ja przecież mogę przyjechać do tego studia – studia, które było dla mnie tylko obrazkiem w telefonie przez długi okres czasu. Napisałam mejla, zapytałam się o koszta, całą procedurę i ewentualny termin. Przeliczyłam rupie indonezyjskie na polskie złotówki (powiedziano mi w mejlu, że to będzie kosztować od 2 do 3 milionów – spokojnie, to wcale nie aż tak dużo :)) i uznałam, że może warto spróbować?

 

 

Ale od początku. Bo chyba nie myślicie, że jakiś profil na instagramie zainspirował mnie do tatuażu?

Krąży powiedzenie, że tylko pierwszy tatuaż ma znaczenie. Chce się nim coś podkreślić, oddać jakąś część siebie, pokazać, co tak naprawdę w duszy siedzi. U mnie wszystko zaczęło się od filmiku… o Świętej Geometrii.

 

 

Chciałam więc tatuaż Kwiatu Życia. Miałam już taki wisiorek, ale chciałam tatuaż. Cóż to dla mnie oznaczało?

***

Życie w Polsce uczy posiadania klapek na oczach. Zostałam wychowana w religii katolickiej, gdzie jedynie to, co mówią w Kościele jest ok, a wszystko inne be. Od momentu, kiedy internet zawitał do mojego domu nie było wieczoru, kiedy nie poszukiwałam czegoś więcej, czegoś, co we mnie siedziało od dawna – pewne pragnienie poznania prawdy, przebudzenia się, czy jakkolwiek chcecie to nazwać. Intuicyjnie czułam, że wszystko, czego zostałam do tej pory nauczona o życiu, skąd jesteśmy i jaki wszystko ma sens nie jest prawdziwe – albo może i jest, ale to nie jedyna wersja rzeczywistości?

 

Szukając całymi godzinami natknęłam się nie tylko na prawo przyciągania czy inne aspekty poruszane w szeroko rozumianej duchowości, ale również Świętą Geometrię, czyli wzór, na podstawie stworzona jest cała kreacja wszechświata. Kiedy odnalazłam ten informacje, czułam, jakbym dotarła do oświecenia. Miałam wrażenie, że wreszcie ktoś mówi coś, czego poszukiwałam, że moje poszukiwania nie były na marne i podejrzenia co do istoty rzeczy, historii i duchowości są prawdziwe.

 

Kwiat Życia to dla mnie symbol poszerzonej świadomości. To dla mnie symbol wszystkiego, a wszystko jest dobre i ma sens. To symbol harmonii, miłości i tego, że nie jesteśmy sami we wszechświecie (wystarczy zerknąć na kręgi w zbożu, nie uważam, by przypadkowo miały wzór, który powtarza się w tylu starożytnych kulturach). To coś, co podnosi świadomość, powoduje, że patrzysz inaczej na życie i wiesz, że każda religia jest w porządku, bo czci to samo, tylko w inny sposób.

 

Kwiat Życia to dla mnie symbol mnie samej, szczęśliwej, że uwolniłam się z ograniczających przekonań i negatywnego podejścia do życia religii chrześcijańskiej w wersji polskiej (co nie oznacza, że uważam ją w jakikolwiek sposób za niewłaściwą). To dla mnie symbol kogoś przebudzonego. Osoby, która nie tylko wierzy, że nie jesteśmy sami we Wszechświecie, ale wręcz wie, że jesteśmy częścią zamieszkałego wszechświata, który czeka na nasz znak, by oficjalnie się poznać.

***

No dobrze, ale pozostaje ostatnie pytanie.

 

Dlaczego więc na plecach nie mam Kwiatu Życia a … Kwiat Lotosu? No cóż. To kwiat i to kwiat. Ha.

IMG_3827

Pierwsze przymiarki

 

Powód jest błahy. Wygrały względy praktycznie. Rosyjski artysta w Canggu doradził mi, że Kwiat Życia nie wygląda znowu tak super na plecach, po czym jakby czytając mi w myślach pokazał wzór Kwiatu Lotosu w wersji, jaką widzicie nad wpisem. Byłam zachwycona. Nie wiem, skąd on wiedział, ale narysował dokładnie to, czego podświadomie oczekiwałam. Dla mnie to takie samo znaczenie, jak pierwotny pomysł, a wygląda rewelacyjnie.

 

A czy bolało?

 

No właśnie… nie. Ale byłam tak bardzo zestresowana bólem, że łyknęłam przed wejściem do studia czterysta miligramów ibuprofenu. Nasłuchałam się o tym, że na kręgosłupie to najgorzej, że to przecież rana i tak dalej. Moje własne odczucia porównałabym do wyciskania pryszczy albo jechania bardzo ostrym ołówkiem po skórze. Albo lek bardzo pomógł, albo to naprawdę nie jest aż taki ból.

 

IMG_3838

Mina typu: przecież to nie boli, zostałam oszukana!

 

Ze studia wyszłam zachwycona, z wielkim plastrem i pięknie pachnącą wazeliną z olejem z drzewa herbacianego do pielęgnacji. Zdjęcie nad wpisem było zrobione na drugi dzień. Tylko na chwilę zdjęliśmy opatrunek (trochę się też bałam, że mocne słońce coś zrobi w te kilka sekund, ale nic się nie stało).

 

Ostatecznie mogę polecić robienie sobie tatuażu pod pewnymi względami: po pierwsze, wiesz co chcesz i gdzie od dłuższego czasu (u mnie to były co najmniej cztery lata, jak pomysł się pojawił) a po drugie: salon jest sprawdzony i ma same pozytywne opinie; technika, czystość i sterylność nie budzi najmniejszych wątpliwości a artysta jest profesjonalistą i angażuje się w twój projekt równie bardzo, jak ty sam.

 

Po całej akcji adrenalina dała się we znaki, więc poszliśmy na imprezę do nocnego klubu. Jako, że to była ostatnia noc na Bali, nie mogliśmy przegapić świętowania takiego wyjazdu i mojego pierwszego tatuażu.

 

A Ty? Masz tatuaż? Marzy ci się? A może całkowicie nie rozumiesz, po co ludzie je robią? Daj znać.

  • Olga Kłos

    Efekt końcowy śliczny :) Bardzo ładny wzór i dobry wybór miejsca. Osobiście nie mam jeszcze tatuażu, ale przymierzam się od dłuższego czasu do zrobienia sobie,a później kolejnego, i kolejnego… Mam na razie tablicę na Pinterest z pomysłami. Myślę, że zacznę od okrętu na udzie.
    Zapraszam do mnie: http://www.wizjoterapia.blog.pl

2016 Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: SalesMiles.pl