uu

Sekret szczupłej sylwetki nie istnieje

Chciałabym móc powiedzieć, że dbam o swoje zdrowie jak fit modelki na Instagramie. Chciałabym pokazać wam zdjęcia szejków z borówek z nasionami chia na śniadanie, odżywek białkowych na obiad i zielonego koktajlu na kolację. Chciałabym, ale nie mogę. Wiecie dlaczego? Bo takich rzeczy nie konsumuję. Chciałabym zdradzić wam sekret utrzymania szczupłej sylwetki. Ale ja nie wiem, jaki on jest. Wiem za to, co sprawdza się w moim przypadku.

 

Po pierwsze: Małe porcje

 

Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, jak można nie móc wstać od stołu. Miałam tak może z dwa razy w życiu, z czego raz po zjedzeniu rekordowej ilości sushi (czego akurat nie żałuję, bo sushi nigdy za wiele).

 

Staram się jeść małe porcje. Moje śniadanie to na przykład trzy/cztery kromeczki pieczywa typu waza, troszkę hummusu i jakaś papryczka. To dla mnie normalna wielkość, ale czasami jak porównuję swoje śniadanie do śniadań innych, to wygląda to jak posiłek kilkulatki.

 

Nie objadam się. Kiedy czuję, że nie chcę, to nie jem więcej i nawet jeśli coś jest doskonałe – nie dopycham tego na siłę. Jestem później głodniejsza wcześniej, ale podobno zdrowo jest jeść mniej, a częściej.

Po drugie: nie zabijaj

 

No to tak. Nie jem mięsa. Od lat będzie już czterech. Czy jestem wegetarianką? Cóż, dla mojej babci, kucharzy barów mlecznych i księży tak, ale dla osób z grup na facebooku o tej tematyce jestem tylko pieprzoną hipokrytką. Dlaczego? Bo ryby jem i nadal trudno mi się tego oduczyć. A ryby na drzewach nie rosną.

 

Nie będę zagłębiać się jednak w ideologię. Nie o to w tym poście chodzi. Jest mi z tym bardzo dobrze i im mniej jem w ogóle produktów pochodzenia zwierzęcego, tym lepiej się czuję. Jeśli chcesz schudnąć i poczuć się o niebo lepiej, zostań wegetarianinem, a najlepiej weganinem. Tego dobrego samopoczucia (oraz wagi) po zmianie diety nie da się opisać.

 

Każdy z nas zna wie, jak to jest po zjedzeniu tłustego rosołku, a później poprawieniu go wysmażonym na kujawskim babcinym schabowym. Pamiętasz, jak się później czujesz? Ciężko, niekomfortowo w podbrzuszu i bardzo chce się spać, prawda? Nie jedz rosołku, nie jedz schabowego, to uczucie minie – przysięgam.

Po trzecie: ruszaj się, ale tak, jak lubisz

 

Wszechobecna moda na bieganie mnie dobija. Wiem, że ładnie wyglądam w norweskich leginsach KariTraa w połączeniu z limonkowymi najkami, ale naprawdę – nie będę biegać – w tym, ani w niczym innym. Po prostu nie lubię tego uczucia, kiedy czuję, że się duszę a mój mózg mówi: umrzesz, jeszcze pięćset metrów i umrzesz. Może jestem leniwa, może coś jest ze mną nie tak, ale przepraszam cały nowoczesny świat, nie jara mnie bieganie.

 

Wierzę za to, że są takie formy, które sprawią, że poczujesz się wspaniale. Nie mówię, że nie będą boleć, albo dawać zakwasów, ale po prostu na ich myśl będziesz się cieszyć i ochoczo iść na zajęcia zamiast udawać, że masz teraz ważniejsze sprawy do zrobienia.

 

Dla mnie jest to joga, w której jestem samoukiem, pole dance, który jak żaden inny sport rzeźbi ciało małym nakładem czasu oraz ćwiczenia z Mel B (uwielbiam, jak opowiada podczas ćwiczeń, że jest cała spocona i cieknie jej po tyłku – wariatka!).

 

Poza tym uważam, że o wiele ważniejsza jest powtarzalność i małe kroki, ale regularne. Trochę nie chce mi się rozciągać o północy, jak wracam do domu po pracy ale, jeśli nie wtedy, to kiedy? Dwie minuty na rozciąganiu do szpagatu nie sprawi, że się nie wyśpię (nie wysypiam się i tak po sześciu godzinach więc, co za różnica?).

Po czwarte: więcej kolorów

 

To niesamowite, jak jedzenie więcej warzyw i owoców zmienia smaki.

 

Byłam tym typem osoby, która w gimnazjum potrafiła co przerwę zjadać CAŁĄ chałwę. Jadłam w opór słodyczy. Dalej byłam chuda, ale nie potrafiłam sobie wyobrazić dnia bez czekolady albo chałwy.

 

Kiedy jesz mniej przetworzonego jedzenia, zmienia ci się smak. To, co normalnie jara innych ludzi, ciebie przestaje. Zjadasz chipsa i masz dość – to jest za słone. Zjadasz kawałek czekolady – jest ci niedobrze ze słodkości. Czujesz skrajność smaków tak dużą, że nie masz na to ochoty. Wystarczająco słodki staje się banan, winogrono albo słone brokuły po ugotowaniu.

 

Przestajesz mieć ochotę na takie rzeczy, a kiedy jednak zjesz, czujesz się BARDZO źle. Bolą cię wnętrzności, jest ci za słono i myślisz sobie: nigdy więcej.

 

Czujesz różnicę. Wstajesz rano, chce ci się pić i sięgasz po nektarynkę, zamiast słodki sok „naturalny”, albo sprite. Warto spróbować? Myślę, że tak.
A wy? Jakie macie nawyki, albo jakie chcielibyście wykształcić? Dajcie znać!

 


Staram się nie żyć tylko pracą, dlatego bloguję i robię inne fajne rzeczy. Możecie je podejrzeć na moim Instagramie, na fanpejdżu tutaj, albo nowo-odkrytym Snapchacie. Dzięki! Będzie mi miło!

2016 Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: SalesMiles.pl