sukcess

Wchodząc na szczyt, obejrzyj się za siebie

Szczyty nie są dla wszystkich. Umówmy się – nie każdy ma tyle chęci i motywacji, by codziennie robić coś innego niż każdy, by później słuchać pytań: ale jak to zrobiłeś? Ale taka prawda: jeśli dzisiaj zrobisz coś, czego innym się nie chce, jutro będziesz mieć to, o czym inni marzą.

 

Docieranie do czegokolwiek zabiera mnóstwo czasu. Na początku zazwyczaj motywacja jest bardzo szczera i wynika z pobudek osobistych.

 

Chociaż dopiero co rozkręcam się w swojej karierze zawodowej (umówmy się, że można tak to nazwać), zaczęłam ostatnio czytać książkę o tym, jak rozpocząć wszystko kompletnie od nowa. Innymi słowy: co zrobić, gdy rzucisz pracę albo ona ciebie. I chociaż w planach nie mam ani jednej, ani drugiej rzeczy (mam nadzieję), to czuję, że ta książka może mi pomóc w odpowiednim zaplanowaniu swojej ścieżki. Jedną z rzeczy, której się z niej dowiedziałam jest to, że naukowo udowodniono – przez amerykańskich naukowców oczywiście – wpływ negatywnych zdarzeń na nasze sukcesy. Okazuje się, porażki stymulują do ogromnej kreatywności, bo nasz status quo został wstrząśnięty i zmieszany. Najczęściej z błotem. A wtedy musimy wyjść poza ramy codziennej rzeczywistości.

 

I taka naturalna motywacja, która wyskakuje z nas jak Adam Małysz przy wyjściu z progu, jest najlepszą. Nie musi być podsycana żadnym sztucznym eventem z Tonym Robbinsem, ani filmikiem o tym, kto ukradł mi marzenia. Wychodzi ona prosto z serca i prawie nigdy nie ustaje. Nie powstaje w nas, bo jesteśmy chciwi, zachłanni albo chcemy dopiec koleżance z pracy. Powstaje, bo już dłużej tak nie możemy się czuć, więc zmieniamy siebie od środka. A otoczenie reaguje transformacją.

 

Taki moment, kiedy już dłużej nie możemy znieść takiego stanu rzeczy, jest piękny.

Wzrastanie jest procesem. Ono trwa i po prostu nic się nie da zrobić. W wyżej wspomnianej książce znajdziecie cytat:

 

„Każdy chce być od razu kimś. Nikt nie chce stopniowo dorastać.”

– Johann Wolfgang von Goethe

 

To trzeba więc zaakceptować. Po prostu być cierpliwym. I zanim na ten szczyt się dojdzie, bo prędzej czy później tak się stać musi – nie można zapomnieć tego, o czym mówił napis na koszulce nieznajomego, którego kiedyś minęłam w drodze do pracy.

 

„Zanim zrezygnujesz, przypomnij sobie, dlaczego zacząłeś.”

 

Bardzo łatwo znaleźć możesz się w sytuacji, w której wszystko powierzchownie wygląda doskonale. Wiedziesz wygodne życie i pozornie niczego ci nie brakuje. Stać cię na o wiele więcej niż przetrwanie miesiąca, masz spoko znajomych i fajną pracę. Czasami podróżujesz i wrzucasz ładne zdjęcia na instagrama, które nie potrzebują filtrów, bo po co podkreślać kolorami i tak już piękną rajską wyspę? Brniesz do swoich celów, ale gdzieś po drodze zapominasz, dlaczego w ogóle one były ważne. Tracisz swoje „dlaczego?”. I wszystko nie cieszy już jak kiedyś.

 

Zanim więc osiągniesz swój szczyt, dopłyniesz do brzegu, albo zrobisz inną rzecz, która jest metaforą sukcesu w życiu, nie zapomnij, w trakcie wieloletniej pracy nad nim, dlaczego w ogóle zaczynałeś.

 

 

A jeśli czujesz, że gdzieś się zgubiło, zapytaj sam siebie i znajdź swoje „dlaczego” na nowo. Może będzie identyczne, jak lata temu. A może nie? Jeśli zmieni całkowicie swój kształt, po prostu daj sobie pozwolenie na robienie czegoś innego.

 

 

Jedno jest pewne: będziesz o wiele bardziej szczęśliwy, zmotywowany i pewny swojej drogi, kiedy przypomnisz sobie pierwotny powód swoich dążeń.

 

Bo jeśli wszystko jest w sumie ok, ale to przestało ciebie cieszyć, to dlatego, że po drodze zgubiłeś gdzieś swoją misję. Dlatego znalezienie jej tak potrzebne. Być może nie uda ci się poczuć jej teraz, ale z całą pewnością w końcu ją odnajdziesz. Wtedy każdy osiągany cel będzie miał smak zwycięstwa, dokładnie taki, o jakim marzyłeś, kiedy odbijałeś się od dna.

 

Aha, książka, o której mowa to „Zawodowo od nowa” – Jon Acuff.

2016 Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: SalesMiles.pl