Nie Łap Chwil, Twórz Je

Na lotniskach zawsze dobrze mi się myśli. To taki czas zawieszenia, pomiędzy jedną lokalizacją, a drugą. Nie jestem w żadnej z nich, więc moja głowa pozwala sobie na odpoczynek od przyziemnych spraw. Pozwalam więc na mały odlot mentalny w otoczeniu samolotów startujących w każdy zakątek świata.

Zamówiłam sobie kawę – wyszło, że tańsza niż w Polsce. 30 norweskich koron podzielone na pół daje mniej, niż taka sama kawa na krakowskich Balicach. Zaczynam więc pić mój osobisty napój bogów. I kminić.

 

Każdy Polak zna tekst „w życiu piękne są tylko chwile”. Artysta miał z pewnością na myśli pojedyncze momenty, które zobaczymy tuż przed swoją śmiercią. Pozostają na zdjęciach, a intensywnie żywe w naszych głowach. To czasami chwile istotne, jak narodziny dziecka, albo totalne banały, jak słońce zachodzące nad łąką, na której spędziliśmy najszczęśliwsze wakacje życia. Ale czy ten tekst oznacza, że nie możesz mieć pięknego całego życia?

 

Nie wiadomo, dlaczego niektóre momenty zapamiętujemy na całe życie, a inne przemijają i nie potrafimy ich sobie przypomnieć. Pewnie chodzi o intensywność emocji, pewien klimat, swoiste wibracje, które mamy wtedy w sobie.

 

I chociaż „życie to chwile, łap je” – takie polskie carpe diem – jest prawdziwym banałem, który brzmi  jak mało kreatywna reklama orzeźwiającego napoju w sezonie letnim, to chcę znać odpowiedź na pytanie: ale czy tak właśnie generalnie nie jest?

 

Czy szczęśliwe życie to nie czasami seria szczęśliwych momentów odbywających się jeden za drugim? Czy masz coś więcej niż ten moment, który z twojego własnego wyboru może być postrzegany na sto różnych sposobów?

 

Wszystko mija. Z tym postulatem nie można dyskutować. Słońce, które widzisz za oknem, jeśli masz szczęście, to obraz, który ma już osiem minut – bo tyle zajmuje światłu pokonanie drogi 150 milionów kilometrów. A ty widzisz go dopiero teraz. W pewnym więc sensie żyjemy przeszłością słońca. Jeśli zaś chodzi o nas samych, warto byłoby jednak żyć w swojej teraźniejszości – co oczywiście jest również bardzo subiektywnym, nieuchwytnym do końca pojęciem.

 

Życie to codzienność. Jasne, że są momenty, na które czekamy i które są wzniosłe i piękne. Ale czy jest sens się katować, by na drodze do osiągnięcia pewnego sukcesu nie pozwalać sobie na radość, czy cieszenie się procesem? Podobno nie można mieć szczęśliwego zakończenia dla nieszczęśliwej drogi.

 

Co się zaś tyczy drogi właśnie: składa się ona z pewnych etapów. Kiedy patrzysz sobie na bajki, każda kolejna jest identyczną historią, ubraną w inne szaty, postaci i wątki. Temat jest zawsze ten sam – cykl podróży bohatera. W którym miejscu jesteś? Kiedy ogarniesz, że wszystko, co robisz, jest na jakimś etapie tej podróży, zaczniesz inaczej je postrzegać i bardziej cieszyć się tym, że jesteś w trakcie. Możesz więc w pewnym cyklu, którym są dajmy na to: studia, być w czasie cierpienia – właśnie nie udało ci się zdać kolejnego koła. Ale wiesz, że ten etap minie. Tymczasem w cyklu: związek możesz właśnie być na etapie zewu przygody – postanawiasz wyruszyć na łowy, wyjść z bezpiecznego ekosystemu składającego się z biurka i komputera i odnaleźć miłość swojego życia, dajmy na to, zakładając Tindera (Więcej o cyklu podróży bohatera poczytasz tutaj). Ale wszystko na końcu zawsze dobrze się kończy. Bo jeśli nie jest na końcu dobrze, to znaczy, że to nie koniec.

 

Kawę wypiłam już w połowie. Wciąż mam ponad godzinę do boardingu.

 

Takie chwile jak ta, czy milion innych, na które składa się codzienność, mogą być piękne. Każda minie, ale czego się w niej nauczysz, stworzysz, wymyślisz, ile pozytywnych emocji z niej wyciągniesz – zależy od ciebie. Ostatecznie zawsze liczą się tylko konsekwencje – takie jak na przykład ten wpis.

 

Oglądam ludzi spokojnie czekających na swoje loty. Z pewnością chciałabym być na miejscu wielu z nich – może lecą w podróż służbową? A może na słoneczne Bahamy? Z pewnością też nie wiedzą, że są ludzie którzy chcieliby być na ich miejscu. Tak samo, jak bardzo duże grono ludzi chciałoby być na miejscu twoim. Na pewno. Po prostu to doceń.

 

Bo istnieją ludzie, którzy dostają od życia wszystko bez wysiłku i nigdy nie zauważają, jak wiele mają. I są tacy, którzy cieszą się po prostu widokiem palm, bo to oznacza, że stać mnie było na podróż do pięknego miejsca na Ziemi (patrz: ja). Kwestia nie tego więc, co masz, ale jak to postrzegasz. To naprawdę jest takie banalne, ale musiałam to napisać, wybaczyć proszę.

 

Gdzie w tym wszystkim prawo przyciągania? Kawa mi się kończy, więc czas dodać na koniec to, co będziesz z tego doceniania mieć.

 

Szczęśliwe życie to kumulacja szczęśliwych, pozytywnych lub po prostu fajnych momentów – powtarzanych jeden za drugim. Twój punkt skupienia decyduje o tym, jakim będzie doświadczeniem dla ciebie każda kolejna chwila. (Bo okoliczności nie mają znaczenia, tylko to, jak je postrzegasz.) A kiedy zaczniesz mieć pewną wibrację/samopoczucie/humor wtedy zaczniesz postrzegać wszystko inaczej, a rzeczy zaczną się objawiać jako inne, niż do tej pory.

When you change the way you look at things – the things you look at, change. 

 

Tutaj właśnie działa Prawo Przyciągania. Ponieważ to, co masz w swojej wibracji, będzie w esencji przyciągać więcej podobnych: ludzi, rzeczy, miejsc, zdarzeń, zbiegów okoliczności, uczuć (niepotrzebne skreślić.) 

Wystarczy więc zacząć – a wszystko potoczy się jak śnieżna kula, która będzie gromadzić coraz więcej i więcej podobnych momentów. Kwestia tego, gdzie ustawisz się, by rozpocząć jej bieg. Później… potoczy się samo. 

Od czego zaczniesz dzisiaj? 

2016 Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: SalesMiles.pl