havv

Nadzieja Umiera Ostatnia – Czyli Salsowy Berlin Autostopem

Myślałam, że kiedyś mi przyjedzie. Wyobrażałam sobie takie czasy, kiedy będę starsza (jestem) i bardziej zajęta (jestem) to wtedy przestanę mieć w głowie szalone wypady. Przestanę planować podróże, zacznę żyć stabilnie (w sumie – co to znaczy?) i wreszcie dopasuję się do społeczeństwa, które jednym głosem mówi, że takie rzeczy są niezbyt odpowiedzialne. Myślałam, że to mija. Bardzo się myliłam.

 

Wylotówka na Berlin z poznańskiego Górczynu była już całkiem zalana ciemnością, kiedy wreszcie nasze biedne kciuki ujrzały asfalt drogi prowadzącej do a-dwa. Siedemnasta-zero-zero to średni czas startowy na łapanie stopa gdziekolwiek – chyba, że jest sierpień, powietrze ma trzydzieści stopni a ty słońce jeszcze wysoko nad sobą, ewentualnie namiot w plecaku, a google maps pokazuje, że znajdujesz się na południu Chorwacji. Oczywiście byliśmy w sytuacji dokładnie odwrotnej. Było więc ciemno i zimno – ale w sercu całkiem ciepło na myśl o przygodzie. Ale wcześniej się nie zebraliśmy, wybaczcie. Naprawdę.

 

My – bo jak już tłumaczę – do Berlina na jedną noc przed Sylwestrem – wybrałam się z Radkiem. Poznajcie Radka – Radek tańczy salsę (cubanę!) i jest gotów pojechać ze mną autostopem w akcie spontanu. Więc stoimy na tej drodze i zaczynamy marznąć. A autostop zimowy zamienia się to w autostop z przytupem. Jeszcze minęła by chwila, a zaczęlibyśmy tańczyć bachatę uliczną winter edition by się rozgrzać, gdy nagle ktoś puka mnie w ramię. To dziwne – myślałam, że to Radek się wygłupia. Po odwróceniu się w kierunku pukającego oczy rozjaśniły się a w środku zrobiło się choć troszkę cieplej, gdy zobaczyliśmy obcego faceta, który zdecydowanym ruchem ręki zapraszał nas do samochodu stojącego na końcu zatoczki.

 

Pierwszy raz w życiu nie zauważyłam zatrzymanego samochodu – to pewnie przez kaptur, zimno i zbyt duży wysiłek w odwróceniu głowy do tyłu. Anyway – wreszcie kogoś złapaliśmy. Byliśmy bardzo zadowoleni – bo ja już zaczęłam zaklinać Wszecha i mówić: koniec żartów, zamarzamy, dawaj kogoś. Tym bardziej byliśmy zadowoleni, gdy tylko zobaczyłam kątem oka żółte blachy. „Holandia! Albo UK! Jedziemy daleko!”.

 

I wcale się nie myliłam. Po usadowieniu się po lewej stronie z przodu brytyjskiego samochodu i rozpoczęciu miłej rozmowy okazało się, że – uwaga – właśnie złapaliśmy na stopa Kurda z norweskim obywatelstwem mieszkającego w Londynie. Nie musicie więc chyba domyślać, gdzie jechał. Z Poznania. I że Berlin jest idealnie po drodze. Ah, te uroki autostopowania. A czy wspomniałam, że facet pojechał do Poznania do… dentysty? Nawet kiedyś napisałam artykuł o dental tourism. Szok, niedowierzanie, miliony pytań – nigdy się nie spodziewałam, że sama kogoś takiego poznam osobiście.

 

Podczas drogi trwającej pewnie koło dwóch godzin wesoło gawędziliśmy o tym, że mężczyzna zwiedził cały świat, służył w wojsku i o tym, jak się czuł, kiedy jego kraj stał się ofiarą rozbioru. Potrafił mówić w siedmiu językach. Perskim, arabskim, kurdyjskim, norweskim, angielskim… nawet nie pamiętam reszty. Przyznajcie, to imponujące.

 

Facet nie miał nic przeciwko, żeby zawieść nas pod sam klub. I tak oto o dziewiętnastej-trzydzieści wyszliśmy z samochodu pod samym Havana Clubem. Wyprostowaliśmy kości i przetarliśmy oczy ze zdziwienia. Aha – to było prostsze niż sądziliśmy.

 

Do clubu weszliśmy po pokonaniu długich schodów w dół. Wyglądało to na jakąś opuszczoną norę. O ile byliśmy w szoku, kiedy po otworzeniu drzwi zobaczyliśmy kilkadziesiąt par wszystkich naraodowości świata tańczących salsę cubanę na największych parkiecie clubowym, jaki kiedykolwiek widziałam. A więc tak wygląda berlińska salsoteka.

 

Wreszcie mogłam ściągnąć z siebie ubranie i zacząć tańczyć. A siedzenie i nudzenie się nie wchodziło w grę. Co chwilę ktoś prosił kogoś do tańca. Niemcy, hiszpanie. Murzyni, europejczycy, azjaci. Nastolatkowie i dziadkowie. Był tam każdy, kogo moglibyście sobie wyobrazić. I równocześnie każdy świetnie się bawił. Salsa, bachata, kizomba, salsa, bachata, kizomba, salsa… I tak przez kilka godzin. Wódka zmieszana z sokiem wypita pod wejściem do clubu przyrządzona z czystej ćwiartki i soku z biedronki już dawno zniknęła z krwi – co z tego, przecież bawiliśmy się doskonale.

 

[Jeśli chcesz się ze mną pobawić – ale również porozwijać, a być może tylko zwyczajnie pogadać i poznać wiele wspaniałych i podobnych do mnie ludzi – zapraszam na Ferie MeetPRO, na których będziemy razem tańczyć, uczyć się i przeżywać w pełni wartościowy chill-out.]

 

Na wejściu zapłaciliśmy pięć euro. A każdy płyn – zaczynając od wody – kosztował co najmniej cztery euro. Swoją wodę skrzętnie zakupioną w Polsce już dawno wypiliśmy. Konaliśmy z pragnienia od tańca. Pomyślałam, a sekundę później powiedziałam: przydałoby się znaleźć pięć euro na podłodze – idealnie na cokolwiek do picia. Dwie sekundy później podniosłam z podłogi dwa pięcioeurowe (?) banknoty. Klasyk.

 

Bawiliśmy się do późna, ale koło pierwszej padaliśmy z nóg. Pięć godzin salsy po stopowaniu może zmęczyć. Wyszliśmy na zewnątrz. Kolejna woda, tym razem z monopolowego i autobus nocny wspaniałej komunikacji miejskiej berlińskiego miasta. Dojechaliśmy do centrum, ale padaliśmy, więc z Berlin by Night tak jakby nici. Było wyjątkowo zimno – więc kolejką podjechaliśmy na dworzec główny. Tam uratował nas – jak zawsze na takich wypadach – Mac, który czynny całą dobę przygarniał ludzi w różnych okolicznościach, a w naszych – strudzonych życiem autostopowiczów.

 

Najedliśmy się i ogrzaliśmy. Do kolejki wiozącej nas na wylotówkę zostało jeszcze kilka godzin. Spanie w pozycji półleżącej na kanapie w fastfoodzie nie należy do najprzyjemniejszych, ale to była jedyna rozsądna alternatywa. Około ósmej byliśmy zmarznięci do granic możliwości ale na szczęście pociąg już na nas czekał – prosto do Poczdamu.

 

Kiedy dojechaliśmy słońce już zdążyło wstać. Było pięknie ale na wylotówkę jakieś trzydzieści minut z buta. No cóż, nie mieliśmy innego wyjścia. Gdyby nie to, że najpierw poszliśmy w złą stronę i nadrobiliśmy drogi – dotarcie do stacji benzynowej przy a-dwa byłoby proste. W tym przypadku jednak kiedy zobaczyłam kolejnego Maca – tym razem przy autostradzie w kierunku: dom, miałam ochotę ucałować ziemię. Szybko złapaliśmy stamtąd Litwina w wielkim tirze (oh, przepraszam – ciągniku z naczepą), z którym nie zamieniliśmy słowa podczas drogi do granicy z Polszą. Wiem, głupio – ale po prostu usnęliśmy. Zostawił nas poza autostradą i jak zobaczyłam, że z niej zjeżdża nawet nie miałam siły protestować.

 

Z opuszczonej stacji, na której nie zatrzymywał się nikt uratował nas facet, który podwiózł nas na granicę. W miejscu, w którym zaczyna się Polska staliśmy kilkanaście minut, gdy zatrzymał się pewien jegomość, który dowiózł nas do Tarnowa Podgórnego. Nie pamiętam za dużo z tej podróży, bo chyba przespałam połowę. Wiem jedynie, że zachrzaniał ze sto osiemdziesiąt na godzinę i co chwilę wyprzedzał wszystko jadące przed nim – zdążył kilka razy podwyższyć mój poziom adrenaliny na widok potencjalnych czołówek w ilości dziesięć na pół godziny. Szalony był, serio.

 

Z Tarnowa podjechaliśmy autobusem zielonym, znanym, poznańskim. Podróż była zakończona, ale to nie był koniec zabawy. Przecież właśnie… zaczynała się noc sylwestrowa. O tak! Myślałam, że umrę ze zmęczenia – przecież dopiero co tańczyłam pół nocy a drugie pół spałam na ławce w Macu – chcę do łóżka. Na to jednak nie było czasu – czekała mnie kolejna salsowa impreza, tym razem z okazji Nowego Roku.

 

Nadzieja na to, że kiedykolwiek będę się nudzić w swoim życiu umarła już dawno.

2016 Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: SalesMiles.pl