aa

Mały Paraliżujący Strach na Wielkiej Rafie Koralowej cz. I

Na moim pulpicie kilka dni temu powstał folder o niewinnej nazwie „australia”. Brzmi zwyczajnie. Nawet łudząco przypomina inne mniej lub bardziej ciekawe foldery ze zdjęciami podpisanymi jako „melo”, „austostop”, czy „uro”. Zawartość jednak szokuje, a ja wciąż nie mogę uwierzyć, że naprawdę tam byłam. I nic, ale to nic, co się tam znalazło spośród pięćdziesięciu giga pięknych wspomnień nie może nawet polizać pięt pobytowi na Wielkiej Rafie Koralowej.

 

 

Doskonale pamiętam moment, w którym dowiedziałam się, że jednak dam nura w otchłań pacyfiku. Jechaliśmy gdzieś autem. Już dawno dobiliśmy do Cairns – bazy wypadowej na północno-wschodnim wybrzeżu Australii. To centrum przepełnione ofertami zachęcającymi, by wypłynąć kilkadziesiąt kilometrów wgłąb oceanu i dać nura w cudowny podwodny świat największego organizmu na kuli ziemskiej – Wielkiej Rafy Koralowej.

 

Ceny były przerażające, więc argumentując: chyba bym nerkę sprzedać musiała – próbowałam przekonać moich wspaniałych Organizatorów australijskich atrakcji, że co, jak co – ale ja zanurkować nie muszę i naprawdę jestem szczęśliwa będąc tu, gdzie jestem.

 

Doskonale pamiętam ten moment, kiedy usłyszałam: Bartek z Julką lecą helikopterem, a Andżelika nurkuje z Natalią. Że co, przepraszam? I minęło kilkanaście sekund zanim sobie uświadomiłam, że zostałam postawiona przed faktem dokonanym – bilet został dla mnie zakupiony i nie było mowy o tym, że wolałabym skoczyć na bungee nad spienioną rzeką z mostu piętnaście razy niż raz zanurkować z butlą.

 

Kiedy więc dojechaliśmy na miejsce, z którego mieliśmy wyruszać przed siebie wgłąb oceanu na wielkim katamaranie firmy QuickSilver (wejdźcie w link dla samej animacji tego, jak to epicko wyglądało) czułam w sobie sprzeczne emocje. Oto prawdopodobnie czeka mnie przygoda życia, ale momentami, kiedy wyobrażałam sobie siebie z rurką na powietrze i wielką butlą – czułam się jakby ktoś mnie dusił, chociaż nawet jeszcze nie zeszłam pod wodę.

 

Miałam jakiś nieracjonalny strach przed oddychaniem pod wodą, który czułam kiedy pierwszy raz snorkelingowałam (no serio, to słowo chyba nie ma polskiego odpowiednika, prawda?). Nie sprawiało mi już wtedy przyjemności to, że mam zatkany nos, a buzią oddychać mogę jedynie poprzez rurkę, do której mam nadzieję nie naleje się woda. Być może i panikowałam – no cóż. Nie mogłam na to nic poradzić poza tym, by przestać po prostu o tym myśleć.

 

Chwilę bo snorkelingu. Szczęśliwa, że przeżyłam.

 

Wchodząc więc na wielki, przepiękny katamaran starałam się ogarnąć i powtarzać jak mantrę: będzie dobrze, będzie dobrze, zawsze gdy się najbardziej bałaś to miałaś największy ubaw i satysfakcję potem.

 

Le Katamaran QuickSliver

 

Rejs był przecudowny a potężny katamaran o dwóch szynach, na których rozpędził się do nieprawdopodobnej szybkości pozwolił na chwilę zapomnieć o tym, co ma się dziać. Często po prostu najlepiej jest nie wiedzieć. Pobawiliśmy się więc w Titanica na jego dziobie oraz próbowaliśmy nawiązać kontakt z miłym australijskim chłopakiem, który z łopatologiczną prostotą chciał się dowiedzieć co chcemy zobaczyć pod wodą. No ciekawe, tej, co. Nemo, ukwiał i żółwia, nie? Przerażało mnie to, że jest taki wyluzowany i szczęśliwy podczas gdy ja próbowałam odsunąć w myślach godzinę, na którą byliśmy umówieni na krótkie szkolenie przed zabraniem się do rzeczy.

 

Jack! Ja lecę!

 

Kiedy już wypełniliśmy krótkie formularze, które potwierdzały, że nie chorujemy, nie mieliśmy zawału ani żadnych innych problemów mogliśmy przystąpić do słuchania przyjemnego nurkowego grubaska, który z ogromną i wrodzoną chyba każdemu Australijczykowi lekkością opowiedział podstawy fizjologii naszego ciała, fizyki wody oraz ciśnienia. Kazał zapamiętać: nieważne co się stanie – macie pod wodą oddychać. Fuck logic. Nie muszę chyba przyznawać, że kiedy pytał, kto już wcześniej nurkował byłam w znacznej mniejszości a to wcale nie pomogło w emocjonalnej stabilności. Poprzednie stwierdzenie oczywiście doskonale rozumiałam, bo nawet sama odpowiedziałam na pytanie: dlaczego tak jest, jednak kiedy się boisz uduszenia takie info w stylu: oddychaj pod wodą – wcale nie zachwyca.

 

Strach przeplatał się z zachwytem podczas gdy katamaran dopływał do platformy, z której mieliśmy zacząć nurkować. Przy okazji okazało się również, że wypożyczyliśmy podwodny aparat a kawa jest w cenie, więc uprawialiśmy smażing oraz cruising patrząc na niebieskość za oknem popijając piękno australijskiej natury dobrą małą czarną.

 

Widok zza okna podczas odpływania.

 

Kiedy dopłynęliśmy i wyszliśmy z katamaranu naszym oczom ukazała się doskonale przygotowana do wszelakich ugod platforma posiadająca ogromne ilości pianek do nurkowania, płetw, rurek do snorkelingu, miejsce na lunch oraz specjalnie przygotowana przestrzeń do naszego zejścia piętnaście metrów w dół.

 

Platforma. W tym miejscu fragment do snorkelingu.

 

Po chwili czekania ukazał się nam nasz kochany grubasek od szkolenia, który okazał się być naszym instruktorem. Na pierwszym zejściu do wody nie mogliśmy niestety mieć naszego podwodnego aparatu więc oddaliśmy go znajomym. Mogliśmy go zabrać na drugie zejście, które oczywiście kosztowałoby jedynie sto dolków, więc z akurat z tą przyjemnością się powstrzymaliśmy.

 

No i nadszedł ten wiekopomny moment. Stanęłam bezbronnie na metalowych kratach, odrzucając w kąt japonki, które były moim jedynym obuwiem od tygodnia. Natalia stała obok. Facet poczekał, aż przywdziejemy piankę. Potem podźwignął butlę i po tym jak usiadłam wszystko mi pozapinał, poukładał i kazał poczekać. Czułam się jak ten pies z mema, który nie ma pojęcia, co właśnie robi. Wiedziałam, co robią te rurki, do czego służy przycisk przy ramieniu ale strasznie się bałam, że nie ogarnę tego pod wodą. Kiedy wstałam – jakby tego było mało – przypiął mi do talii pas z obciążnikami (no tak, teraz na pewno przepadnę jak kamień w wodę).

 

Było mi ciężko – to mało powiedziane. Oczywiście Natalia nie wyglądała ani trochę na zaaferowaną, więc zeszliśmy schodkami w dół zagłębiając się do wody. Po kilku wygibasach udało mi się w końcu założyć płetwy i nadszedł ten moment – wzięcia powietrza do ust i zanurzenia się w niebieską otchłań.

 

C.D.N.

 

 

 

2016 Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: SalesMiles.pl