Śmierć Umarła

Ateistów, judaistów, chrześcijan. Prawników, lekarzy, tynkarzy. Polityków, wokalistów, witarian. Wszystkich nas łączy coś, czego nie da się opisać słowami. Chociaż tak różne są nasze przekonania, tryby życia, emocje i codzienne zajęcia każdego z nas łączy pewne nie dające się wyjaśnić uczucie. To uczucie, że po śmierci „coś” jest. A może przede wszystkim, że to nie koniec. No właśnie. Co, gdyby założyć, że to dopiero początek?

 

Nie rozumiem ludzi, którzy podążają na groby i mówią: tu leży twój dziadek. W jakimś sensie to na pewno prawda i być może zakrawałoby to na lekki brak szacunku, gdyby odmawiać czci osobom zmarłym i pochowanym ale na serio nie rozumiem, dlaczego mamy wierzyć w to, że ta osoba tutaj właśnie, pod tą całą warstwą ziemi i ciężką grobową płytą leży sobie i patrzy na nas jak przychodzimy posadzić jej kwiatki.

 

Oczywiście, to tylko i aż symbol – naszej pamięci, szacunku, miłości jaka nas łączyła z tą osobą. Ale przecież gdyby tak religijnie i wiernie podążać za chrześcijańskim dogmatem – to tej osoby już dawno tutaj nie ma i prawdopodobnie wesoło hasa sobie poza ciałem. Stoi pewnie za nami jak klękamy nad jej grobem i robi nam rogi jak do śmiesznego selfie.

 

Śmierci nie ma. Poczytajcie jakichkolwiek uczonych albo duchowych czy filozofów. Każdy – jota w jotę – powie wam: śmierć to taki transfer. Pewien proces. Robisz bam – twoje fizyczne ciało, które służyło za doskonałe naczynie dla duszy nagle pada w wyniku jakiejś dysfunkcji i jesteś znowu wolny. Powinniśmy się chyba cieszyć, że ktoś po pięknym życiu znów jest pozbawiony formy i generalnie jest wszystkim oraz jednością z Bogiem, czy jakkolwiek życzysz sobie tę świadomość nazywać. Zresztą to nie jest tylko mój wymysł. Przecież Jezus podobno pokonał śmierć. Pokazał jej środkowy palec. Zrobił jej szach-mat i samodzielnie zmartwychwstał. I jest. Teraz i tutaj. Podejrzewam więc, że podobna rzecz tyczy się wszystkich. A już na pewno tych, którym przyszliśmy posadzić kwiatki.

 

Od razu przypomina mi się piękny teledysk do piosenki Somewhere Over The Rainbow. Na jednym z wielu nagrań do tego utworu  ludzie cieszą się w momencie wysypania prochów wokalisty Israela „IZ” Kamakawiwo’ole do wody. Cieszą się. Mają zupełnie inną świadomość oraz podejście do życia i tego, czym jest. Na żaglu napisane jest czerwonymi literami „IZ lives” – Iz żyje. No przecież, że tak.

 

Nie rozumiem, dlaczego z jednej strony mówimy: życie jest ciężkie, jest źle, jest boleśnie. A kiedy ktoś umiera mawiamy: biedaczek, żal mi go. Tak źle i tak nie dobrze. To jak to z tym życiem jest? I tym, co jest później? To w końcu to nasze życie jest fajne czy nie jest fajne?

 

W momencie, w którym umieramy zaczynamy tak naprawdę dopiero żyć. Ludzie, którzy opisali swoją śmierć kliniczną – a wszystkie ich opisy są zaskakująco podobne i zgadzają się z tym, co czujemy intuicyjnie – praktycznie nigdy nie chcą wracać. Czują się najlepiej na świecie i tak żywi jak jeszcze nigdy. Wszystko jest lepsze, czują się bezwarunkowo kochani i otoczeni światłem, które ich nie razi a otula i chroni. Coś w tym musi być.

 

Im więcej mamy związanych ze śmiercią negatywnych przekonań tym trudniej będzie nam komunikować się ze „zmarłymi”. Oni nigdzie nie poszli. Nie ma ich „tam”. Są tutaj. Obok nas, w nas. Nie ma innego miejsca. To wszystko jest tutaj i teraz. Zmienili swoją częstotliwość. Ich gęste ciało uległo rozkładowi, bo zostało stworzone z materiału tego wymiaru, trzeciego wymiaru. Ale oni nigdzie się nie udają. Cały czas możemy mieć z nimi kontakt. Tylko jak może się to wydarzyć skoro uparcie sobie wmawiamy, że zniknęli, wyparowali i w ogóle przestali istnieć.

 

Kiedyś też umrę. Tak samo jak wszyscy, którzy się narodzili. Życie to śmiertelna choroba zakaźna przenoszona drogą płciową. I wiem jedno: kiedy kopnę w kalendarz na pewno na nic mi się zdadzą smutki, żale i czarne szale. Nadal będę radosna, pozytywnie nastawiona i szczęśliwa. Dziwnie będę się czuć patrząc jak tłum na czarno ubranych ludzi  podąża smętnie za moim ciałem, do którego już nie jestem przywiązana. Na pewno popozuję z wami do zdjęć. I mam nadzieję też, że coś miłego po sobie zostawię, tak byście mieli kogo i co wspominać, coś w stylu: zobacz, to blog twojej prababki. To, że ludzie po czyjejś śmierci się zmieniają na chwilę i stają się smutni nie znaczy, że „zmarli” nagle poważnieją i wymagają najdroższych chryzantemów oraz największych zniczy na całym cmentarzu. Szczerze, raczej już nic nie jest im potrzebne do czegokolwiek.

 

Ale błagam, nie róbcie mi takiego nudnego nagrobka. Mnie tam nie będzie. Naprawdę. (Aczkolwiek na pewno ucieszę się z fioletowych zdobień.) Będę wesoło hasać poza ciałem, czasami przychodzić do was jak mnie zaprosicie. I nie pokazujcie wnukom, że tutaj leżę, bo to zwykła ściema. Więcej mnie będzie tutaj na blogu czy obok was niż pod ziemią. Tak jak w przypadku Jezusa i jak w przypadku wszystkich innych – świętych i mniej – grób będzie pusty. Więc wracajcie do niedzielnego obiadku i waszych wesołych rozmów. Usiądę z wami do stołu i chociaż nie będę musiała już nic jeść by być – na pewno tak jak kiedyś skrzywię na widok kurczaka i ucieszę słysząc śmieszną rodzinną anegdotkę.

  • N.

    Andżeliko, wspaniała robota. Jestem bardzo wdzięczna to, że gdzieś w Internecie istnieje zagospodarowane przez Ciebie poletko dobra 😉

    • Angelica

      Dziękuję!

      Nie ma nic lepszego, niż poczucie, że robi się coś dobrego dla ludzkości.

      Pozdrawiam i ściskam!

  • super napisane, Ciepło, zabawnie, pozytywnie. Masz talent. Dopiero dzisiaj trafiłem na twojego bloga a już zdażyłem go polubić. A fakt że pisze komentarz akurat pod tym artykułem (wpisem, notką) nie jest też przypadkowe. To pisałem ja, nadszyszkownik pierwszej klasy 🙂

2016 Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: SalesMiles.pl