Proszę nie ogarniać

Pamiętam jak dziś. To były święta, te zimowe. Jechaliśmy razem samochodem. Mój wzrok jak zawsze utkwiony w szybie tak dobrze znanego mi samochodu nie mógł doczekać się widoku dworca, z którego pojadę dalej – tyle, że już sama. Zdanie na które czekałam przyszło szybciej, niż myślałam. „Nie podoba mi się to, co robisz” – usłyszałam. 

 

Normalnie nie zrobiłabym sobie nic z tych słów. To przecież tylko zwykła uwaga. Ale to nie były normalne warunki. Doskonale przecież wiedziałam, że wielu osobom w mojej rodzinie nie podoba się pomysł samotnej podróży autostopem zaraz po Świętach Bożego Narodzenia po Polsce. W Grudniu. Kiedy nie jest już zimno, ale po prostu pizga złem.

 

Normalnie miałabym to gdzieś, ale wtedy poczułam się wyjątkowo niekomfortowo. Być może dlatego, że te słowa powiedział mój dziadek, który przecież z racji bycia dziadkiem prawdopodobnie ma rację. Być może dlatego, że zawsze mówi coś na temat mojego życia właśnie wtedy, na 15 minut przed przyjazdem pociągu a ja nie mam czasu się wytłumaczyć. A być może dlatego, że poczułam ten mały cichy głosik, który u każdego z nas zaczyna się pojawiać w pewnym wieku i zaczyna krzyczeć coraz głośniej: ogarnij się.

 

Tylko, że ja naprawdę nie wiem do końca co to znaczy. Kiedy zadaję sobie to pytanie to chyba przestaję chcieć znać odpowiedź. Bo czy komuś może się nie podobać to, że podróżuję, że jestem samodzielna, odważna i kreatywna? Raczej nie. Przecież chodziło o coś zupełnie innego. Chodziło o odpowiedź na pytanie: co to znaczy ogarnąć się życiowo?

 

Każdy z nas za dzieciaka zostaje wychowany w jakimś schemacie. Jak zachowywać się wśród ludzi, jak samemu. Jak jeść, jak rozmawiać, ile pracować, ile mieć przyjaciół i pieniędzy. Zazwyczaj nie zauważamy tego cichego wzoru, którym utkane jest nasze młode a potem coraz dojrzalsze życie. Wchodzimy w niego cicho, bezboleśnie. Wplatamy się we wzorek, bo tylko taki znamy. Dopiero po latach zaczynamy zauważać, że wyszyliśmy dokładnie to samo, co nasi dziadkowie i rodzice. Czujemy, że coś nam umknęło albo, że może fajnie byłoby coś zmienić. Tylko, że często jest już za późno.

 

Zostałam wychowana w pewnym wzorze, do którego przywykł chyba każdy młody Polak. Idź do szkoły, potem na studia. Znajdź pracę, wyjdź za mąż, urodź dzieci. I osobiście nie mam absolutnie nic do zarzucenia temu schematowi, bo przecież dla wielu – jak nie dla większości z nas – jest on pewnym równaniem na szczęśliwe, spełnione życie. Tyle, że w dwóch pełnych zgrozach słowach „ogarnij się” wcale nie chodzi o to, żeby robić dokładnie te rzeczy. Chodzi raczej o to, by przestać wyszywać swój wzorek kolorową nitką a wziąć tę szarą, bo przecież w takiej często zostały wyszyte życia naszych rodziców.

 

Słowa „nie podoba mi się to, co robisz” odebrałam jak cichy gwałt na mojej tożsamości. Jak próba wciśnięcia mnie w szablon, od którego chcę uciec i wydaje mi się, że całkiem nieźle mi się idzie. Nie chodzi bowiem o to, że zrobiłam rewolucję i porzuciłam studia czy nie jestem odpowiedzialna podchodząc do swojego życia. Chodzi raczej o to, że jeśli chcę to będę je przeżywać ciekawie, intensywnie i na pewno nie szaro. I nic nie jest przeszkodą do tego, by takie mieć. A już na pewno nie wiek, czy tryb życia.

 

Kiedyś myślałam, że szarość dopadnie też mnie. Myślałam, że jak studia się skończą, że jak zacznie się praca to szare bloki, deszcz, rutyna i narzekanie. Że od weekendu do weekendu, że od pierwszego do pierwszego, od Sylwestra do Sylwestra. Koniec podróży, koniec upojnych nocy, koniec spadających gwiazd, szampańskich imprez, wspaniałych przyjaźni i kąpieli nago w jeziorze. Myślałam, bo tak zostałam nauczona – że szczęśliwe i pełne pasji życie w pewnym momencie kończy się na rzecz wychowania dzieci, niedzielnego rosołu na rodzinnym stole po kościele oraz comiesięcznej niegodnej wykształcenia wypłaty. Zostałam wychowana w kulcie poświęcenia się dla życia rodzinnego, które równa się wyrzeczeniu samej siebie.

 

A teraz patrzę na swoje życie i życie innych ludzi z boku i dochodzę do szokującego wniosku: możesz rzygać tęczą i hasać szczęśliwie po łące życia robiąc zwyczajne rzeczy z adresem Radom, Polska; a i możesz umierać z nudów mieszkając na słonecznym wybrzeżu z adresem Gold Coast, Australia. Jak ktoś chce znajdzie sposób, jak ktoś nie chce znajdzie powód. A życie wcale nie kończy się w pewnym wieku czy w momencie zmiany statusu na: w związku małżeńskim czy tym bardziej: narodziny dziecka.

 

Możesz być matką, studentem, korposzczurem. Możesz być dziadkiem, ojcem trójki dzieci albo samotnym podróżnikiem. Twoje życie to twój wybór. Możesz prowadzić tryb życia jaki chcesz i wcale nie musisz pozwolić by w jakimkolwiek trybie czy statusie wybierzesz było nudne jak flaki z olejem lub nieśmieszny suchar na niemodnych już demotywatorach.

 

I jeśli ktoś ci powie: nie podoba mi się to, co robisz – to prawdopodobnie robisz dobrą rzecz. Serio, jeśli chcesz mieć inne życie niż większość na około no to wybacz, ale musisz zrobić coś inaczej niż reszta.

 

A to oni właśnie najpierw nazwą cię szalonym i pukną się w swoje czoło, myśląc, że to ty masz nie po kolei ale kiedy znikniesz z pola widzenia będą opowiadać innym o tobie szczycąc się znajomością lub więzami krwi nie mogąc wyjść z podziwu dla twojej odwagi.

 

Jeśli myślisz, że przygoda jest niebezpieczna to spróbuj rutuny – ona jest śmiertelna. Życie nigdy nie jest stabilne. Więc skoro wciąż tworzy fale, może warto nauczyć się po nich serfować.

 

I nigdy nie musisz się ogarniać. Życie jest za krótkie na takie głupoty.


Wpis ten dedykuję Natalii.

Powiązane wpisy

2016 Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: SalesMiles.pl